piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział XVII ~ Sataniści

Taylor's POV

   Kolejno powychodziliśmy z limuzyny. Ja opuściłam auto jako ostatnia. Tuż po wkroczeniu na ulicę moje uczucia zaczęły z sobą toczyć okrutną walkę. Długa aleja nie mająca końca. Po obu stronach równo wybudowane domy. Z resztą bardzo podobne. Muszę przyznać, że nie raz miałam trudności z wracaniem po pijaku.
   Przede mną stała niewielka posiadłość, którą natychmiast poznałam. Lubiłam tutaj przebywać. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to chyba najbardziej wytrzymała nieruchomość w Vegas.
- No więc kochani oto moje dzieciństwo - oznajmił podekscytowany Radke wskazując otwartą dłonią na obiekt mieszkalny.
- Fajny domek - skomplementowała Cobain.
- Wiem - przyjaciel wyszczerzył dumnie zęby. Fakt, faktem hawira to, to nie była, ale gniazdko było bardzo przytulne i już na pierwszy rzut oka biła od niego pozytywna energia. - Dobra, nie będziemy tracić czasu - dodał i entuzjastycznie skierował się w stronę furtki, którą zdecydowanie pchnął. Po chwili całą paczką zajmowaliśmy pół małego ogrodu. Razem z Ronald'em podeszliśmy do drzwi. Wokalista zapukał w nie kilkukrotnie próbując ukryć zdenerwowanie. Ich sobie mógł oszukiwać, ale nie mnie. Ma to szczęście, że w przeciwieństwie do mojej osoby okazuje pozytywne zdenerwowanie.
   Nagle przejście zostało otwarte. W progu ukazał się średniego wzrostu mężczyzna ubrany w granatowo-czarną koszulę, w kratkę i dżinsy. Krótko ścięte siwe włosy idealnie pasowały do lekkiego zarostu i małego wąsika na twarzy, na której w tej chwili zagościło wielkie oszołomienie, a zarazem szczęście.
- Tata - wydusił równie wzruszony Ronald i zamknął zdezorientowanego ojca w żelaznym uścisku. Ten bez wahania odwzajemnił gest. Na widok tej sceny moje oczy pierwszy raz zapełniły łzy. Pan Radke był cudownym mężczyzną. Zawsze widziałam w nim autorytet. Po śmierci żony sam wychowywał siedemnastoletniego syna. Przez pierwsze dwa lata od śmierci Pani Melanie Joseph przechodził samego siebie. Ten idiota ubzdurał sobie, że to wdowiec jest winny śmierci jego rodzicielki. Mama Ron'a zginęła w wypadku samochodowym. Zapytacie jaka niby w tym wina Pana Alexandr'a? Otóż kobieta jechała właśnie po swojego męża. Idiotyczne prawda? Bolało mnie to w jaki sposób ten debil krzywdził tak wspaniałego faceta. Harował jak wół od rana do wieczora by zapewnić gówniarzowi dach nad głową i spełniać każdą najmniejszą zachciankę, a ten potrafił mu powiedzieć w oczy jak to bardzo by wolał aby to on zginął. Pamiętam jak nie raz pocieszałam załamanego człowieka. Dopiero gdy Ronnie mając dziewiętnaście lat zmądrzał wszystko zaczęło wyglądać tak jak powinno.
- Boże synu, co ty tutaj robisz? - spytał roztrzęsiony kiedy rozłączyli swoje ciała.
- Jak to co? Przyjechałem - odpowiedział jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie, próbując nie wypuścić ani jednej łzy, którym Pan Radke już dawno dał upust.
- Taylor ty również? - spostrzegł moją osobę momentalnie przytulając do siebie.
- Jak widać - zaśmiałam się - Tęskniłam za Panem - przyznałam po chwili.
- Oh, ja za tobą też. Za wami! - poprawił szybko puszczając mnie.
- Tato pozwól, że Ci przedstawię. To nasi przyjaciele - wskazał na grupę naszych ludziów obserwujących całe zajście. - To jest Frances, Ashley, Jinxx, Jake, Rayan, Christian, Andy, Max, Matt, Jacky, i Isabel.
- Dzień dobry - powiedzieli chórem.
- Dzień Dobry - przywitał ich entuzjastycznie. - Macie szczęście, że akurat zrobiłem blachę swojej słynnej lazanii - z końcem ostatniego słowa Ronnie jak oparzony wparował do domu drąc ryja na cały regulator.
- Lazania, Lazania, Lazania! Jeść, jeść, jeść! Pycha, pycha, pycha! - co za idiota.
- Dobra to chodźmy zanim nasz Joseph wszystko wchłonie - zaproponowałam.
- Słyszałem to! - z wnętrza domu dobiegł nas krzyk Radke. Pan Alex bez dłuższego zwlekania zaprosił całą naszą bandę do środka.
    Musze przyznać, że spodziewałam się chociaż jakiegoś małego przemeblowania. Tym czasem wszystko stało jak stało. Na przeciw wejścia malutka, biała kuchni połączona z niewielkim salonem tuż obok wejścia. Na ścianie obok drzwi wisiał nowy, plazmowy telewizor, z kolei przed nim stała stara, ale jakże wygodna brązowa, skórzana rogówka. Po prawej stronie pomieszczenia ciągnął się długi korytarz. Na samym końcu pokój miał kiedyś Ronald, drzwi wcześniej była łazienka. Natomiast pokój pana Aleksandr'a był obok kuchni, w drugim korytarzu leżącym równoległe do tego pierwszego. Cały dom ozdabiały przytulne antyki do których Pan Radke miał zawsze słabość.
   Pierwszą rzeczą jaką dostrzegłam po analizacji wnętrza był oczywiście ten żarłok kombinujący jakby tu wyciągnąć gorącą blachę z piekarnika. Co pięć sekund próbował dotknąć palcem nagrzanej płyty, a kolejne pięć chuchał na oparzone palce. Załamana przejechałam dłonią po twarzy. Co za dureń.

Ja rozumiem, że można nie umieć gotować i nie wiedzieć nic o gotowaniu, ale z czymś takim jeszcze nie miałam do czynienia.
- Ronnie ty wiesz, że jest coś takiego jak rękawica kuchenna prawda? - odezwał się rozbawiony Coma. Brunet wyprostował ciało na baczność z miną myślącego filozofa.
- Odejdź ciućmoku - nakazał bezradnie ojciec z ścierką w ręku rozdzielając piekarnik i Joseph'a. - Siadajcie, zaraz wam nałożę - zwrócił się do nas gdy lazania wylądowała na blacie kuchennym. - Ronnie wyjmij z szafki...- przerwał w połowie zdania. - Ile was jest? - spytał próbując policzyć palcem naszą paczkę.
- Trzynaście - wyręczyłam go z uśmiechem.
- Ło boże, gdybym wiedział, że taka gromadka wpadnie na obiad zrobiłbym dwie blachy - pomyślał na głos.
- Spokojnie, to dość spory placek - zauważył oblizując usta Purdy.
- Ty żeś jest placek - zadrwiła Frances siadając na skraju rogówki.
   Kiedy w kuchni Pan Alex dzielił porcję i nakładał na talerze my próbowaliśmy jakoś praktycznie rozmieścić tyłki w salonie. Jako, że na kanapie były, raptem cztery miejsca zajęli ją Andy, Jinxx, Isabel i Cobain. Na jednym w dwóch foteli przysiadł Matt zostawiając jeden właścicielowi domu. Reszta, w tym ja posadziła tyłki na ziemi. Po kilku minutach Radke, wraz z tatą zaczęli kolejno przynosić każdemu swój kawałek lazanii. Jak, tylko dołączył do nas siwiejący mężczyzna wszyscy zaczęli z apetytem pałaszować swój posiłek.
- Jezu w życiu nie jadłem lepszej lazanii - oznajmił wniebowzięty Ferguson.
- Ja też - poparło go kilka głosów.
- Jest Pan niesamowitym kucharzem - skomplementowała słodko Miller.
- Bardzo dziękuję, cieszę się, że wam smakuje - odpowiedział ciepło.
- Brakowało mi Pana kuchni - przyznałam szczerze biorąc do buzi kolejny kęs włoskiego dania. Cholera, ale to dobre. Pamiętam jak nie chciałam jeść, wtedy Ron zabierał mnie do siebie, a ja pochłaniałam tutaj wszystko co przygotował pan Radke. Mam ogromną słabość do jego potraw.
    Posiedzieliśmy tak jeszcze w rodzinnym domu Ronald'a z godzinę, może półtorej. Gawędziliśmy na przeróżne tematy. Nawet ja nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który na dobre zagościł na mojej twarzy. Potem poszliśmy zobaczyć jeszcze dawny pokój tego kretyna. Już pominę fakt, że chłopcy znaleźli pod łóżkiem stos Playboy'i, które ku niezadowoleniu Isabel i Bean zaczęli namiętnie przeglądać. Jakby prawiczkami byli normalnie.
   Koło szesnastej opuściliśmy Pana Alexandr'a. Oczywiście nie obeszło się bez wzruszającego pożegnania i zaproszenia mężczyzny do Los Angeles.
   Kiedy wszyscy stanęli na chodniku ruszyliśmy w lewą stronę idąc przed siebie. Podczas gdy oni aktywnie i wesoło dyskutowali ja szłam sama z tyłu, pochłonięta myślami. Z każdym kolejnym krokiem byłam coraz bardziej zestresowana. Muszę przyznać, że nawet ogarnęło mnie uczucie wstydu. Wyjechałam stąd trzy lata temu. Przez te trzy lata moja komunikacja z babcią ograniczała się do rozmów telefonicznych i skypa. Czy też skajpaja jak ona to mówi. A co jeżeli nazwie mnie wyrodną wnuczką? A może już dawno nią dla niej jestem.
- Co tak sama idziesz? - znikąd dołączył do mnie uśmiechnięty Biersack.
- Tak po prostu. Jak myślę lubię mieć spokój - wyjaśniłam posyłając mu przelotny uśmiech.
- A o czym tak rozmyślasz? - dopytywał.
- Takie tam bzdety, nic ważnego. Kogo to obchodzi? - machnęłam ręką próbując brzmieć jak najbardziej realistycznie.
- Mnie na przykład - spoważniał. No i super. Na całe (nie)szczęście praktycznie w tym samym czasie doszliśmy do celu. Cała moja wcześniejsza uwaga została skierowana na wielkim, dwupiętrowym domu otoczonym kolorowymi roślinami. Moje tętno przyśpieszyło dostrzegając niską, grubszą starszą Panią podlewająca kwiatki na balkonie. Ubrana była w biało-żółtą koszulkę z krótkim rękawkiem i czarne, dopasowane spodnie dresowe. Nasza paczka przystanęła przed domem, a ja jak zahipnotyzowana szłam dalej. Gdy znalazłam się kilka kroków przed kamiennymi schodami kobieta zobaczyła moją osobę, a następnie zakryła usta dłonią. Przyśpieszyłam kroku i wbiegłam na balkon. Dalej nic nie mówiąc rzuciłam się na nią przytulając z całych sił.
- Babcia - szepnęłam łamiącym głosem zaczynając moczyć jej T-shirt.
- Taylor, kochanie - wypowiedziała zaczynając głaskać mnie po głowie. Nie mogłam uwierzyć, że znów mogę ją przytulić.Jest  dla mnie taka ważna, tak bardzo ją kocham.
   Kiedy po minucie, z wielkim trudem puściłam kobietę ta ujęła moją twarz kręcąc głową w niedowierzaniu. - Ale wyrosłaś - stwierdziła z podziwem. Dotknęłam jej dłoni przyciskając jeszcze bardziej do swojego policzki, po czym przelotnie ją ucałowałam.
- Dzień dobry Pani Hosk - do naszych uszu dobiegł uprzejmy głos Ron'a stojącego tuż obok.
- Oh, Ronald! - krzyknęła na jego widok babcia odpychając mnie delikatnie aby zrobić miejsce Radke, którego bez wahania zamknęła w żelaznym uścisku. No i się zaczyna. - Mój drogi, jak miło Cię widzieć, tak bardzo za tobą tęskniłam. Jak ty wyrosłeś, a jak zmężniałeś - zaczęła wymieniać dokładnie go oglądając jakby był jakimś arcydziełem. A ja się dla niej wbiłam w tą cholerną kieckę no!
- Też za babcią tęskniłem - powiedział słodko.
- A kim, że są wasi koledzy? - spytała wreszcie patrząc w dół. Ronnie oczywiście kolejno ich przedstawił. Wszyscy kulturalnie przywitali staruszkę. - Matko Przenajświętsza - klasnęła w dłonie przerażona - Jak wy mizernie wyglądacie, Czy wy nic nie jecie? Wyglądacie jakbyście z kostnicy wyszli. - stwierdziła skupiając szczególną uwagę na Andy'm. - Kto to widział?! - oburzyła się. - Natychmiast właźcie do środka. Na całe szczęście upiekłam wczoraj trzy ciasta. - poinformowała otwierając drzwi. Wszyscy spojrzeli po sobie z wielkim uśmiechem.
- Wie pani nam nie trzeba dwa razy powtarzać - jako pierwszy do domu wpadł Coma.
- Skoro już tak pani nalega - tuż za nim wbiegł Jake.
- Ja z chęcią spróbuję, ostatnio faktycznie trochę schudłam. - skromnie oznajmiła Cobain. Jako ostatnia weszłam ja zamykając za sobą drzwi. I znowu. Nic się nie zmieniło. NIC. Krótki korytarz gdzie na końcu, po lewej stronie były mało strome schody prowadzące na piętro. Po prawej stronie znajdowało się zaokrąglone, duże wejście do salonu, z którym była połączona kuchnia. Zaraz obok wejścia swoje miejsce miał pokój babcia. Z kolei za schodami umieszczona była łazienka.
W salonie na wprost od wejścia stały trzy kanapy i dwa fotele. Pomiędzy nimi, a telewizorem wiszącym na wewnętrznej stronie ściany korytarza został umiejscowiony stolik z ciemnego drewna. Z lewej strony było otwarte wejście do kuchni. Natomiast przeciwna ściana była ozdobiona przez sporej wielkości okno oraz meblościankę w kolorze stołu zapełnioną różnego rodzaju starociami, ozdobami, kolekcjami itp...
   Do moich nozdrzy dobiegł charakterystyczny zapach najpyszniejszych wypieków na świecie. Dopiero teraz zauważyłam, że cała nasz gromada siedziała już w salonie z niecierpliwością czekając na ciasto, które sprawnie kroiła babcia. Bez zastanowienia podeszłam do niej pomagając układać słodkości na talerzach.
- Dziecko wyglądasz pięknie, ale idź się przebierz. Wyglądasz jakbyś szła na wesele - skomentowała mój strój zabierając się za krojenie sernika. Moja szczęka mimowolnie spotkała podłogę, a oczy omal co nie wypadły na ziemię. To są jakieś jaja. W porę zagryzłam dolną wargę powstrzymując swój niewyparzony język. Odwróciwszy się na pięcie napotkałam chichoczących przyjaciół.
- Jedno słowo, a nogi z dupy powyrywam - syknęłam przechodząc. Wściekła skierowałam się na górę gdzie był mój stary pokój. Piętro było bardzo przeciętne. Długi korytarz na, którego końcu znów były schody, tym razem na trzecie piętro. Jako, że babcia wynajmowała pokoje było ich dość sporo. Tutaj z każdej strony znajdowały się dwie sypialnie. Z kolei na drugim pietrze po trzy na jednej stronie. Od razu ruszyłam do drugich drzwi po lewej stronie. Chwilę przed nimi stanęłam biorąc powietrze głęboko do płuc, a następnie je wypuszczając. Powoli je otwarłam zaglądając do środka. Po za tym, że w końcu jest tutaj porządek również nic nie zostało zmienione. Weszłam do środka dokładnie wszystko oglądając. Na chwilę usiadłam, na łóżku przymykając oczy. Tyle cudownych wspomnień i tyle okropnych. Lubiłam to miejsce, bardzo. Zawsze było moją oazą. Uciekałam tutaj od tego popieprzonego świata, a jako, że robiłam to dość często trudno było mi to zostawić.
- Nic tutaj nie zmieniałam - głos babci stojącej w drzwiach całkowicie przywrócił mnie do rzeczywistości.
- Widzę - na moją twarz wpłynął szeroki uśmiech.
- Mama chciała go przerobić na kolejny pokój gościnny - na wspomnienie tej osoby całą moją radość zastąpił gniew.
- Przyjeżdża do ciebie? - spytałam oschle.
- Tak, czasami nawet coś pomoże, posprząta, zrobi zakupy. - ona przysiadła, a ja agresywnie wstałam.- Powinnaś jej wybaczyć Taylor - dodała widząc moją reakcję.
- Nie doczekanie - burknęła idąc w stronę szafy. Zwinnym ruchem ją otworzyłam wybierając coś z swoich starych ubrań, których wiele tutaj nie było.
- Kochanie to twoja matka - podała chyba najgłupszy argument jaki mogła wymyślić. Prychnęłam kpiąco wybierając jakąś bluzkę do ubrania.
- A twoja córka i jak Cię traktowała całe życie? No jak?! Zapomniałaś już o tym wszystkim?! - zaczęłam krzyczeć.
- Nie podnoś głosu - skarciła mnie groźnie.
- Wybacz - przeprosiłam. Widzę Cię pierwszy raz od trzech lat i naprawdę nie mam ochoty popadać w jakieś kłótnie - próbowałam się usprawiedliwić.
- Ja też - przyznała wstając z swojego miejsce i podchodząc do mnie. - Bardzo mi Cię brakowało - przytuliła mnie czule całując w czubek głowy.
- Kocham Cię babciu.
- Ja ciebie też skarbie - popatrzyła na mnie z wielkim uśmiechem - I jestem z ciebie bardzo dumna - dodała.
- Dziękuję.
- Dobra przebierz się szybko, a ja idę sprawdzić co u twoich przyjaciół. - ponagliła mnie i po chwili całkowicie zniknęła z pola widzenia.
   Szybko zrzuciłam z siebie tą cholerną kieckę zostając w samej bieliźnie. Nałożyłam wybrany zestaw i z powrotem skierowałam tyłek na dół.
   Gdy przekroczyłam próg salonu nogi momentalnie się pode mną ugięły. Cała grupa siedziała jak na tureckim kazaniu gryząc co jakiś czas kawałek ciasta. W centrum pomieszczenia na jednym z krzeseł przyniesionych z kuchni siedziała babcia.
- I właśnie dlatego należy pamiętać o zabezpieczeniach - usłyszałam jej ostatnie zdanie. Nawet nie chcę wiedzieć czego dotyczył ten wykład. - O Taylor dobrze, że jesteś! - uśmiechnęła się entuzjastycznie kiedy spostrzegła moją osobą - Mam do ciebie takie pytanie - mam złe przeczucie. - Kiedy uprawiasz seks zawsze pamiętasz o antykoncepcji prawda? - walnęła prosto z mostu z całkowitą powagą. Wszyscy patrzyli na mnie wyczekująco lekko chichocząc. Nie no, ja sobie coś zaraz zrobię.
- Wiesz babciu to chyba nie zbyt odpowiedni moment na tego typu pytanie - zaczęłam zawstydzona.
- Ależ to idealny moment. Ashley na przykład jest odpowiedzialny i zawsze ma przy sobie prezerwatywy - wskazała dumnie na basistę. Przyrzekam, że za chwilę tu zejdę. - A Isabel i Jacky zabezpieczają się podwójnie i przez prezerwatywy i przez tabletki. Spojrzałam zaszokowana na przyjaciół, którzy jak gdyby nigdy nic wzruszyli ramionami. Do cholery nie było mnie dziesięć minut!
- Wiesz babciu myślę, że powinniśmy zakończyć ten temat. - próbowałam jej dać to delikatnie do zrozumienia.
- Ależ słońce czuję się odpowiedzialna za tych tu oto młodych ludzi. Seks jest rzeczą naturalną, ale trzeba pamiętać, że jak nie jest się gotowym na...
- Babciu błagam skończ! - poprosiłam bezradnie.
- Ale twoja babcia jest całkiem obeznana a te klocki - wtrącił rozbawiony Christian.
- Jejku na śmierć zapomniałam - kobieta charakterystyczny klepnęła się w czoło. - Przecież ja mam gdzieś schowany kondom w szafce w przyprawami - oznajmiła - Zaraz wam pokażę jak powinno się go zakładać aby nie pękł - powiedziała entuzjastycznie wstając w swojego miejsca.
- Nie! - ryknęliśmy chórem.
 - To znaczy...chcielibyśmy jeszcze posłuchać Pani opinii na inne tematy - widząc zdezorientowaną minę babci Jinxx sprytnie próbował wyjść z sytuacji.
- Uwierz mi nie chcecie - ostrzegłam z powagą wciskając tyłek na kolana Ron'a.
- A może macie ochotę na jakiś trunek co? - zaproponowała babunia, a ja omal co nie spadłam z kolan przyjaciela. Babcia chcę nam dawać alkohol? Koniec świata. Oczywiście każdy jedynie entuzjastycznie pokiwał, twierdząco głową. Zadowolona staruszka podeszła do barku umiejscowionego z meblościance. Przekręciwszy kluczyk otworzyła go ukazując sporą kolekcję alkoholu.
- Podejdź no to któryś - rozkazała dokładnie oglądając odurzające substancję. Jako pierwsi wstali Ashley, Jake, Max i Rayan. Każdemu z nich babcia przydzieliła po dwie butelki. Następnie zamknęła mały magazynek i stanęła przed stołem.
- No więc tutaj są przepalanki, ale z tym to uważajcie bo mają po osiemdziesiąt procent. Tutaj macie dwa wina, z myślą o Paniach. To jest ajerkoniak domowej roboty. Z whisky mam, niestety tylko Burbon, są jeszcze dwie butelki czystej. - opisała.
- Niech pani zostanie moją babcią - wzruszony Purdy podbiegł do kobiety ściskając ją delikatnie.A może ja jestem w ukrytej kamerze?

*

- Upiliście mi babcie! - stwierdziłam z śmiechem nachylając się nad śpiącą na kanapie kobietą.
- To ja ją zaniosę do sypialni! - zaproponował najebany Ash z flaszką Burbonu w ręce.
- Chyba Cię jaja swędzą - charakterystycznie stuknęłam palcem wskazującym kilkukrotnie w czoło.
- Babciu - potrząsnęłam nią delikatnie. Na całe szczęście ma bardzo słaby sen jeżeli chodzi o dotyk, więc w sekundzie wróciła do siebie.
- Taylor! Dziecko, skąd ty się tu wzięłaś?
- Już dobrze babciu idziemy spać - podniosłam ją powoli z fotela, z małą pomocą Frances. - Cóż to za sataniści? - spytała wystraszona wskazując na tańczących przy meblościance Christian'a, Andy'ego, Jake'a, Rayan'a i Max'a.
- Dobrze już niech się pani nie przejmuje, zaraz pójdą spać - powiedziała delikatnie Bean wyprowadzając staruszkę na korytarz.
- Taylor, pilnuj żeby nie zjedli kota Pani Herison. - nakazała kiedy weszłyśmy do sypialni.
- Tak babciu, oczywiście. - zachichotałam kładąc ją do łóżka.
- I zrób im jakieś kanapki bo tak mizernie wyglądają - ziewnęła jeszcze po czym odwróciła się na drugi bok nic już nie mówiąc. Razem z Cobain cichutko wyszłyśmy z pokoju wracając do reszty towarzystwa. Faceci, którzy wcześniej aktywnie kołysali ciałami próbując udawać Shakirę, teraz leżeli wykończeniu na ziemi. Reszta niemalże przysypiała na fotelach.
- Ej dobra! Idziemy spać! - klasnęłam głośno co trochę otrzeźwiło grupkę.
- Jak to spać? Gdzie? - spytał głupio Jacky.
- Babcia ma pokoje gościnne - wyjaśniłam - No jazda na górę! - ponagliłam ich. Niechętnie ruszyli dupska, ale w ostateczności gęsiego podreptali do góry.
- Frances zaprowadzisz ich do pokoi? Wszystko jest wolne - poprosiłam ziewając - Ja tutaj ogarnę bo babcia padnie na zawał jak wstanie.
- Jasne, nie ma problemu - posłała mi blady uśmiech. Widać, że też była zmęczona.
   Kiedy cała ekipa opuścili już salon zabrałam się za porządki. Ta, od razu widać, że Momsen przyjechała. Poznosiłam wszystkie naczynia do zmywarki, a następnie powycierałam stolik i pozamiatałam podłogę. Nienawidzę sprzątać.
Gdy wreszcie dom jako tako wrócił do swojego normalnego stanu mozolnie pokierowałam tyłek na schody. Z wielkim wysiłkiem i po około trzech minutach wygramoliłam swoją jakże zmęczoną osobę na pierwsze piętro. Potem już z górki, podeszłam do drzwi od swojego pokoju i bez wahania je pchnęłam niemalże wpadając do środka. Wyobraźcie sobie jakie musiało być moje zdziwienie kiedy zastałam rozścielone łóżko i chrapiącego na nim Christian'a. Mało tu jest kurwa pokoi? Musiał wybrać akurat mój?
   Ledwie przytomnie przechyliłam głowę w bok przyglądając się perkusiście. Wyglądał tak słodko wtulony w jedną z moich poduszek. Ciche westchnięcie uleciało z moich ust. Bezradnie zajęłam miejsce obok bruneta wypychając go na swoja część. Po kilku burknięciach i warknięciach ostatecznie zwolnił mi połowę legowiska. Oh, jak miło z jego strony. Wygodnie ułożyłam ciało na brzuchu tak jak robiłam to najczęściej i nie wiedzieć nawet kiedy(czyt. po dłuższych wysłuchiwaniach chrapania Comy) zapadłam w głęboki sen.

*

   Ciepłe promienie słońca rozświetliły sypialnie stopniowo wybudzając mnie z snu. Pomału przewróciłam się na przeciwny bok natykając po drodze coś twardego. Spokojnie rozchyliłam powieki, a mój wzrok napotkał uśmiechnięta gębę Comy. Przydałoby się go obudzić bo jeszcze pomyśli, że...I w tym momencie na moją twarz wpełzną szatański uśmiech.
   Po dokładnym obmyśleniu mojego arcy zajebistego planu przysunęłam się jeszcze bliżej perkusisty szepcząc wprost do jego ucha:
- Kochanie wstawaj - musnęłam ustami płatek jego ucha po czym delikatnie je przygryzłam. Brunet burknął pod nosem jakieś niezrozumiałe słowo i zwinnie obrócił do mnie plecami nakrywając szczelnie kołdrą. Przez kilka sekund od jego wyczynu tak leżałam z niezmiennym wyrazem twarzy i uniesionymi brwiami. No chyba go pan Bóg opuścił. Zemsta będzie słodka.  Już bardziej stanowczo ponowiłam swoją wcześniejszą czynność tym razem szczelnie obejmując chłopaka.
- Misiaczku pobudka - wymruczałam, tym razem na tyle głośno by go obudzić. Po chwili bez żadnego ostrzeżenia Christian obrócił się w moją stronę, a jego oczy diametralnie zmieniły wielkość. Jak oparzony odepchnął mnie od siebie wyskakując z łóżka na równe nogi.
- Co się stało kochanie? - udawałam zdziwioną dziwkę i muszę przyznać, że z całej siły zagryzałam wargi próbując nie wybuchnąć morderczym śmiechem.
- Taylor, błagam powiedz, że my niee... - uciął, przerażony w połowie zdania.
- Nie pamiętasz? Przecież było nam tak cudownie - postanowiłam mu nieco przybliżyć naszą "wspólną noc". Może powinnam zostać aktorką?
- Przecież ja mam dziewczynę, Chryste! - załamany złożył ręce za głowę. Zaraz nie wytrzymam.
- Ależ kotku, przecież wczoraj mówiłeś, że jestem tą jedyną - kontynuowałam moją zabawę. Jak tak dalej pójdzie to chłopak mi tu zawału z stresu dostanie.
Zmysłowo wstałam z łóżka i podeszłam bliżej Cc'ego, który był tak zamyślony, że nawet nie zauważył jak zarzuciłam mu ręce na kark, cały czas posyłając mu radosny i nadzwyczaj spokojny uśmiech. Szkoda, że siebie nie widzi. Oszołomiony stał bez ruchu z ramionami spuszczonymi w dół. W jego oczach widziałam taki strach jakbym była co najmniej seryjnym zabójcą. Dobra, już go nie męczę.
- A teraz posłuchaj mnie uważnie okej? - spytałam niczym najlepszej klasy psycholog. Ten w odpowiedni jedynie, prawie niezauważalnie pokiwał głową. - Nasza cudowna noc wyglądała tak, że ty sobie upatrzyłeś mój pokój, a ja musiałam spać słuchając odgłosów twojego cudownego chrapania. - wyjaśniłam najpoważniej jak tylko umiałam, ale z końcem ostatniego słowa ryknęłam śmiechem. - Żałuj, że nie widziałeś swojej miny. - dodałam wyszczerzona i w końcu odsunęłam się na kilka centymetrów od tego głupka. Nasza rozłąka długo nie trwała gdyż Coma obrócił mnie do siebie i przytulił tak mocno, że zabrakło mi tchu.
- Jakie szczęście! Dzięki Ci panie, dzięki ci Taylor! Nie waż się mnie już tak straszyć. Przecież jakby Alessandra się dowiedziała to by mnie posłała na tamten świat.Ha, guzik Alessandra jakby Biersack się dowiedział...ło boże... - zakończył wreszcie swoją wypowiedź, a w pokoju rozbrzmiał charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi. Energicznie zrobiłam krok w tył wyrywając ciało z objęć perkusisty, cała moja uwaga została skierowana na osobę stojącą w progu. Serio kurwa? Serio?

ANDY'S POV

   Miałem wrażenie, że za chwilę jebnę z miejsca. Taylor w objęciach jednego z moich najlepszych kumpli. To jakieś nieporozumienie. Nigdy nie miałem ochoty komuś tak przyjebać jak jemu w tej chwili. Nie dość, że zdradził swoją Lauren to teraz robi to samo Alessandrze i  to z Momsen?Kawał sukinsyna. Taylor wcale nie jest lepsza.Cały czas traktowała mnie jak zabawkę. I ona się niby szanuje? Tym razem nie odpuszczę.
    Moje pięści zostały niewyobrażalnie mocno ściśnięte. Tętno podskoczyło, a wściekłość zalała mój umysł. Już otwierałem usta, żeby coś powiedzieć gdy wyprzedziła mnie blondynka.
- Zanim cokolwiek powiesz wyjaśnijmy sobie pewną sprawę. - powiedziała pewna siebie krzyżując ręce na piersi, a ciężar ciała przeniosła na jedną nogę. - Nie. Nie pieprzyłam się z CC. Nie. Nie pociąga mnie. Znaczy bez obrazy - skierowała ostatnie słowa do stojącego obok perkusisty.
- Spoko, spoko - uniósł ręce w geście obronnym i pozwolił niebieskookiej dalej kontynuować.
- Nie.Nie jestem dziwką. Nie. Nie zdradził swojej dziewczyny. - wymieniała dalej - A przytulał mnie tylko i wyłącznie dlatego bo kamień mu spadł serce jak wreszcie zakończyłam swoją słodką zemstę wmawiania temu głupkowi, że się ze sobą faktycznie przespaliśmy za spanie w odgłosach jego chrapania - zakończyła, a moje wcześniej lekko uchylone usta gotowe do ataku w momencie zostały przymknięte i tworzyły teraz cienką linię. Pffff...od początku wiedziałem, że o to chodzi.
   Staliśmy tak jeszcze przez minutę.
Nikt nie miał zamiaru nic powiedzieć, więc w ostateczności zrobiła to Taylor. - Ja idę na śniadanie, nie wiem jak wy - oznajmiła i zwinnie wyminęła mnie w drzwiach znikając nam z pola widzenia. Spojrzałem niezręcznie na przyjaciela, który tylko wzruszył beztrosko ramionami i również z wielkim uśmiechem wyszedł z pomieszczenia zostawiając mnie samego. Westchnąwszy pokręciłem głową i śladem moich towarzyszy skierowałem się na parter. Generalnie jak tak teraz dokładniej analizuję tą, cała sytuację dobrze, że Momsen mnie wyprzedziła. Ma dziewczyna refleks.
   Kiedy pokonałem pierwszy stopień poczułem wibracje w tylnej kieszeni spodni. Sięgnąłem do niej wyginając plecy w lekki łuk i bez trudu wyciągnąłem przedmiot. Na wyświetlaczu widniał napis "Agent Nieruchomości". Przekląłem pod nosem uderzając drugą, wolną dłonią w środek czoła. Nie tracąc czasu odblokowałem połączenie i przyłożyłem Iphon'a do ucha zaciskając oczy.
- Tak, słucham - rozpocząłem rozmowę.
- Witam panie Biersack - wykrzywiłem twarz po usłyszeniu tego charakterystycznego piskliwego, męskiego głosiku. - Byliśmy dzisiaj umówieni o ile dobrze pamiętam - przypomniał poważnym tonem.
- Taaaak - przeciągnąłem - Widzi Pan wypadł mi bardzo ważny wyjazd - próbowałem brzmieć jak najbardziej przekonująco. "Ta, bardzo ważny wyjazd" upomniała mnie moja podświadomość. - I no cóż nie jestem na chwilę obecną w Los Angeles. Czy moglibyśmy przełożyć to spotkanie? - spytałem z nadzieją w głosie. Ten dupek był nie zwykle wyrachowanym człowiekiem, który podchodził do swojej pracy bardzo konsekwentnie i poważnie. Straszny sztywniak, ale zna się na nieruchomościach, co czyni go jednym z lepszych w tej branży.
- Cóż to trochę nieprofesjonalne, ale niech już Panu będzie - przytaknął z przekąsem. - Może być środa? - zaproponował dzień.
- Oczywiście, dziękuję za wyrozumiałość - powiedziałem od niechcenia wywracając oczami.
- Proszę. - co za nadęty burak. - Życzę miłego dnia. Do widzenia.
- Do widzenia - wymamrotałem i w ekspresowym tempie zakończyłem połączenie wsuwając urządzenie z powrotem na swoje miejsce.
   Jak się okazało stałem już w kuchni gdzie połowa naszej paczki pochłaniała śniadanie przypominające trochę naleśniki. Przy kilkunastoosobowym stole siedzieli Ronnie, Taylor, Ashley, Isabel, Max, Christian, Jinxx i Matt. Na nim porozstawiane były wielkie półmiski z sporą ilością okrągłych placków.
- Oh Andy dobrze, że jesteś! - przywitała mnie gospodyni smażąca kolejne porcję wyrobów naleśnikopodobnych. - Siadaj i zjedz śniadanie bo wyglądasz jak te biedne dzieci z obozów koncentracyjnych - stwierdziła, a do moich uszu dobiegł przeplatający się chichot. Impulsywnie spojrzałem w dół na swoje ciało. No, przecież nie jestem aż tak chudy. - Już, już siadaj! - pomachała drewnianą łyżką co mnie z lekka przeraziło. Natychmiast usiadłem na jednym z wolnych krzeseł obok Jinxx'a. Na przeciwko swoje miejsce mieli Ron i Tay. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć babcia postawiła przede mną wielki talerz z nasmażonymi...no właśnie.
- A co to? - spytałem oblizując usta. Nie powiem wyglądało i pachniało apetycznie.
- Najlepsze Racuchy na tym pieprzonym świecie! - odpowiedział mi Radke, którego buzia była wypełniona po brzegi.
- Ronald język! - skarciła bruneta Pani Hosk przelotnie trzepiąc go w tył głowy swoim drewnianym czymś do obracania ciasta.
   Pewnie ująłem jednego placka i chcąc jak najszybciej zaspokoić przeszywający głód wziąłem dużego gryza. Moje kubki smakowe zaczęły szaleć. O kurwa! Jakie to jest dobre! W mgnieniu oka pochłaniałem śniadanie na równo z resztą.
- Jedzcie dzieci, jedzcie. W razie czego dosmażę więcej. - oznajmiła ponownie zapełniając talerze stojące na stole.
- Nawet nie chcę myśleć ile to ma kalorii - chwilowo przerażona Miller sięgnęła po kolejną porcję.
- To lepiej nie myśl - utwierdziła ją w przekonaniu Momsen.
- Dzień Dobry wszystkim - do pomieszczenia weszła zaspana reszta ekipy na czele z Cobain. - A co tu tak pachnie? - ziewnęła rozciągając tułów.
- Siadajcie dzieci, siadajcie i jedzcie! - ponagliła tradycyjnie starsza Pani. Tak, chwilę później cały stół był zapełniony.
- A jak się Pani w ogóle czuje po wczorajszym? - zwróciła się do kobiety troskliwie Frances.
- Nawet dobrze skarbie. - odpowiedziała z uśmiechem, który po chwili zastąpiło dość widoczne przerażenie - Ale jak mi się bardzo źle śniło - zmartwiona przyłożyła rękę do policzka. - Widziałam jakieś paskudne stwory, szatany tańczące tutaj w salonie. Mówię wam paskudny widok. Coś okropnego - opowiadała i po chwili znów wróciła do smażenie. Cała nasza uwaga została skierowana na chichoczące w niebo głosy Taylor i Bean. O co im chodzi? Zmarszczyłem brwi i podobnie jak reszta posłałem im pytające spojrzenie, które zignorowały chichocząc dalej i zajadając racuchy. Pewnie znów im odwala.
- A w ogóle jakie plany mamy na dziś nasz przewodniku? - skierowałem swoje słowa do lidera "Falling in Reverse".
- Dzisiaj myślałem o jakimś ostatnim wypadzie na miasto i jutro wracamy do szarej rzeczywistości - poinformował z smutkiem.
- To może dzisiaj urządzimy sobie takie wypady, że dziewczyny osobno, faceci osobno - zaproponowała Isabel.
- Jestem za - zatwierdziła równocześnie reszta płci damskiej.
- A jak wam minęła noc kochani? - zmieniła temat babcia.
- Cudownie - skwitowała sarkastycznie niebieskooka rzucając perkusiście znaczące spojrzenie. Ten udając, że nie widzi wpakował jedynie do buzi kolejnego racucha.
- Jezu ja nie ruszę dupy - oznajmiła ciężko, przejedzona Frances przyjmując taką pozycję jakby miała dosłownie za chwilę zsunąć się z krzesła.
- Nie ty jedna - wydusił Radke.
- Myślę co by wam tu zrobić na obiad - pomyślała na głos gospodyni kończąc nakładać ostatnią repetę ciasta.
- Niech Pani nie robi sobie problemu.
- Tak, nie trzeba.
- Naprawdę, zjemy w hotelu. - zaczęły padać sprzeciwy zmęczonych obżartuchów.  Nie powiem sam jestem wykończony tym jedzeniem..."No to jeszcze tylko jeden placuszek." pomyślałem i w obawie o to, że za chwilę zabraknie mi miejsca zacząłem pałaszować racucha.
- Może jakieś pierogi, albo rolady... - mówiła dalej jakby nas kompletnie nie słyszała.
- Dajcie sobie spokój. - zaśmiała się Taylor - Nie wypuści was bez obiadu. - poinformowała wstając od stołu.
   Po około dziesięciu minutach wszyscy krokiem zapaśników sumo opuścili kuchnie i zajęli salon oglądając różne programy obyczajowe. Wszyscy oprócz Tay, która myła stertę brudnych naczyń. Mógłbym jej pomóc, ale ta kuchnia jest taaak daleeeeeeko. Wolałem zostać tu gdzie jestem, czyli na wygodnym, puszystym dywanie oparty o kanapę. Mimo, że widok jej seksownego tyłka krzątającego się po kuchni był niezwykle ciekawy przeniosłem wzrok na ekran telewizora i z wielkim bananem na twarzy oglądałem jedną z moich ulubionych kreskówek.
Kocham tą bajkę. Przypomina mi dzieciństwo. Swoją droga muszę przyznać, że od kąt tutaj jestem mam wrażenie jakbym cofnął czas o co najmniej piętnaście lat. No może nie licząc naszej wczorajszej libacji.
   Bez zapowiedzi obraz walczącego kota i myszy uległ zmianie, a na ekranie pojawił się chichoczący dog niemiecki.
Już miałem wyrazić swój oburzający sprzeciw gdy do moich uszu dobieg przeraźliwy wrzask.
- Zostaw, zostaw, zostaw!!! - krzyk siedzącej tuż obok dziewczyny spowodował lekki ból w moim prawym narządzie słuchu. Kiedy ona tu? Z resztą nie ważne. - Spróbuj to przełączyć, a Ci nogi z dupy powyrywam. - zagroziła poważnie siedzącemu na jednym z foteli, po lewej stronie Radke, który na chwilę obecną posiadał pilota.
- Spokojnie nie mam zamiaru ryzykować.- powiedział próbując powstrzymać śmiech. - Taka rada  - skierował się do nas - Żeby nikomu nie przyszło na myśl powiedzieć, że nie lubi Scooby'ego. - przestrzegł - Ten pies to Świętość.
- Dobra cicho. - pomachała na niego ręką zahipnotyzowana blondynka nie odrywając wzroku od telewizora.
- Serio? Scooby Doo? Serio? - parsknął śmiechem siedzący na kanapie za nami Purdy. Na odwet nie trzeba było długo czekać. Dziewczyna natychmiast wzięła zamach i przywaliła basiście z pięści w środek brzucha. Ten zawył z bólu zasłaniając obolałe miejsce dwoma rękami.
- Powiedziałam, że oglądam - przypomniała z błogim spokojem.
- Ostrzegałem stary - z ust Ron'a popłynął śmiech. I tak przez następne dwadzieścia pięć minut nikt nie pisnął ani słówka w obawie o swoje życie.
   Gdy seans dobiegł końca wszyscy odetchnęli z ulgą.
- Więc może ktoś mi powiedzieć o co chodzi z tym psem? - spytała po części rozbawiona Cobain.
- O nic nie chodzi. Po prostu jesteście w obecności największej fanki tej kreskówki. - wyjaśnił w skrócie Radke.
- Muszę się napić wody. Aż mi zaschło w gardle od tych emocji - oznajmiła Momsen wstając z swojego miejsca.
- To są dla ciebie emocje? - spytał nie dowierzając Purdy.
- Uważaj bo zawsze mogę Ci poprawić. Tym razem niżej - zauważyła z słodkim uśmieszkiem, a reszta wybuchła śmiechem. Niebieskooka odkręciła butelkę wody stojącą na blacie i zaczęła spokojnie pić.
   W tym samym czasie w domu rozbrzmiał charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi. Nasze rozmowy ucichły przez co można było dokładnie usłyszeć zbliżający się dźwięk stukania obcasów. Kiedy ucichł w przejściu między korytarzem, a salonem stanęła dość wysoka blondynka z ciemnymi odrostami ubrana w niebieskie, obcisłe dżinsy  i brązową koszulkę z krótkim rękawkiem. Na ramieniu miała założoną czarną torebkę Chanel. Dość wyrazisty makijaż trochę ją postarzał, ale na moje oko miała około czterdziestki, nie więcej.
   Po chwili cała moja uwaga została skupiona na krztuszącą się wodą Taylor. Jej oczy były diametralnie powiększone, a wyraz twarzy nie wskazywał na entuzjazm.

Taylor's POV

   Nogi się pode mną ugięły na jej widok. Życiodajna ciecz zmieniła swój kurs przez co delikatnie podrażniła moje gardło. W ekspresowym tempie zaczęłam kaszleć próbując wydobyć jej resztki z tchawicy. 
- Dzień Dobry - przywitała z uśmiechem moich przyjaciół, a po chwili jej oczy napotkały moją osobę. Nie, to się nie dzieje. Ona wcale nie stoi w tym domu. Ona wcale nie idzie w moją stronę. Ona wcale nie chcę mnie przytulić. 
   Mogłam tylko patrzeć jak kobieta zmierza w moją stronę, a z jej oczu zaczynają płynąć kłamliwe łzy. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć poczułam jak dwa ramiona ściskają moje ciało. Przez głowę zaczęły przepływać wszystkie wspomnienia. Każda komórka mojego ciała pragnęła w tamtej chwili eksplodować. Z całych swoich sił próbowałam wstrzymać każdą łzę, która chciała opuścić moje oczy. Stałam sztywna jak słup soli, a w ustach zabrakło mi śliny do przełykania. Tym razem nie pozwolę sobie na płacz. Zbyt wiele razy zwilżałam dla niej źrenice. - Och Kochanie tak bardzo za tobą tęskniłam. - wypłakała rozłączając nasze ciała.
- Czyżby? - pozbawiłam swój ton wszelkiej empatii.

- Oczywiście, że tak. Jesteś moim jedynym dzieckiem - mówiła dalej takim samym płaczliwym tonem ocierając wymalowane ślepia. - Kocham Cię - wyznała.
- Trochę za późno, o jakieś - spauzowałam licząc w myślach - siedem, osiem lat - zakpiłam.
- Co ty znowu opowiadasz dzie...
- Nie jestem twoim dzieckiem - przerwałam bezemocjonalnie wywołując tym samym na jej twarzy wielki szok. Widząc, że znów otwiera te cholerne usta kontynuowałam - Przestałam nim być już dawno temu. - oznajmiłam.
- Taylor co ty opowiadasz.? - zachichotała nerwowo - Jestem twoją matką. Urodziłam Cię. Wychowałam. Utrzymywałam - wymieniała kolejne.
- Kim jesteś? - ryknęłam - Ty mnie wychowałaś? - prychnęłam. - Bicie mnie, wyzywanie i upokarzanie nazywasz wychowaniem? Sama się musiałam wychować. Sama sobie musiałam z wszystkim radzić. Nigdy mi nie pomogłaś! W niczym! - mój ton z każdą sekundą zaczął coraz bardziej rosnąć.
- Co ty za głupoty opowiadasz.Robiłam to co musiałam. Przecież wiesz, że gdybyś mnie słuchała to nie musiałabym tego robić - nerwowo spoglądała to na mnie to na siedzącą w salonie grupkę.
- Oczywiście zwal na mnie - wyrzuciłam ręce w powietrze, a z moich oczu zaczęły spływać pojedyńcze łzy. - Zawsze wszystko zwalałaś na mnie! To ja zawsze byłam tą wyrodną córką! - cały strach przed nią odpłynął w niepamięć. zastąpiła go złość. Czysta złość i nic więcej. - Całe życie mi wmawiałaś, że tak jest w każdym domu, całe życie powtarzałaś, że to tylko moja wina, że nigdy więcej z tobą nie wygram! - krzyczałam ile sił w płucach. - Wysyłałaś mnie do psychiatrów, a to ty ich potrzebowałaś! Nie ja! To ty masz problem z sobą, a nie ja! Zawsze go miałaś i wyżywałaś się na mnie! Mogłam wypierdalać do domu dziecka kiedy mi kazałaś! Nienawidzę Cię do cholery! - wrzeszczałam próbując trzymać nad sobą kontrolę. Cała drżałam gotowa rozszarpać jej gardło.
- Coś ty sobie ubzdurała? - grała głupią - Wyolbrzymiasz wszystko. Mam Ci przypomnieć ile ty mi przykrości wyrządziłaś? - spytała z wyrzutem.Nic się nie zmieniła. Absolutnie nic.
- Wyrządziłam je w największą przyjemnością - wysyczałam wkładając w to tyle jadu ile tylko mogłam. Sekundę później poczułam siarczysty ból na policzku, a moja głowa przechyliła się na drugi bok po czym od razu wróciła do wcześniejszej pozycji. To było do przewidzenia. Praktycznie tego nie poczułam. Chyba przez te kilka lat straciła siłę bo nie miała kogo bić.
- Nie pozwalaj sobie gówniaro. Coś Ci się popierdoliło w główce! - pogroziła mi podnosząc głos.
- Mi dopiero teraz. Tobie już dawno. - odpyskowałam. Bez ostrzeżenia poczułam jak moje włosy są szarpane w dół.
- Ty niewdzięczny smarkaczu! - ryknęła i zaraz po tym poczułam ulgę. wyprostowałam się, a tuż koło mnie stał Ronnie zasłaniając mnie swoim ciałem.
- Niech Pani sobie już da spokój. - powiedział poważnie Ron. - Dość jej Pani zniszczyła psychikę.
- A ty nie zabieraj głosu. To nie twoja sprawa! - wydarła na niego mordę.
- Owszem to jest moja sprawa! - nie był jej dłużny.
- Następny co tyle krzywd ojcu wyrządził! - trafiła w czuły punkt. Brunet zacisnął pięści nie chcąc przekroczyć granicy. - Gdyby twoja matka żyła...
- Wystarczy! Wynoś się stąd! - przerwałam. Twarz mojej matki momentalnie przybrała czerwony kolor, a ręce już szukały czegoś do uderzenia.
- Ja Ci zaraz powiem wynoś się stąd. - powtórzyła przez zaciśnięte zęby robiąc krok w nasza stronę. Radke jeszcze bardziej mnie przysłonił przez co przystanęła.
- Niech Pani da wreszcie spokój. - warknął ponownie. Chwilę tak staliśmy zabijając się wzrokiem. Jedyne co można było usłyszeć to nasze głębokie oddechy i za pewne bicie mojego serca. W końca nadeszła długo wyczekiwana chwila.
- Nie ma dla mnie już takiej osoby jak Taylor Michel Momsen - poinformowała ostatni raz i odwróciwszy się na pięcie ruszyła w stronę drzwi.
Już miałam otwierać usta, żeby coś odpowiedzieć, ale zostały skutecznie zasłonięte ręką Radke.
- Chociaż raz odpuść - wyszeptał błagalnie wprost do mojego ucha. Kiedy trzaśnięcie drzwiami dobiegło do naszych uszu odetchnęłam z ulgą wtulając się w przyjaciela i dyskretnie wypuszczając ostatnie krople słonawego płynu.
- Dziękuję - wymamrotałam.
- Nie ma za co - przytulił mnie mocnej całując w czubek głowy.Sama nie wiem co czułam w tamtym momencie.Te słowa nie wywołały na mnie większego wrażenie. Wysłuchiwałam gorsze. Z drugiej jednak strony było mi...przykro? Mimo wszystko jest moją matką i jakaś maleńka iskra miłości została. Kilka lat temu na pewno bym to przeżywała o stokroć gorzej. Tradycyjnie sięgnęłabym po jakieś dobre narkotyki, żyletkę i alkohol mimo, że za nim nie przepadam, ale teraz...Teraz czuję się silniejsza i bardziej odporna.
   Mam najwspanialszego przyjaciela na świecie, który z powrotem jest ze mną. Mam własne mieszkanie. Mam tyle niesamowitych wspomnień oraz najważniejsze. Mam marzenia, które muszę spełnić..
- A co tutaj się dzieje? - usłyszałam. Powoli puściłam brata i popatrzyłam w odpowiednią stronę. Babcia weszła do kuchni z kilkoma wypełnionymi po brzegi reklamówkami.
- Babciu dlaczego nie mówiłaś, że idziesz do sklepu? - spytałam w wyrzutem gdy kobieta położyła zakupy na blacie. - Dobrze wiesz, że nie powinnaś tyle dźwigać. Pomogłabym Ci - oznajmiłam wyciągając kupione nabytki w tym paczkę drożdży. Nieco później dołączył do mnie Ronnie wypakowując drugą reklamówkę.
- Mama chyba tutaj była prawda? Widziałam jak wyjeżdża. - bardziej stwierdziła niż zapytała.
- Taaa...BYŁA - wyraźnie zaakcentowałam drugi wyraz wsadzając do szuflady zgnieciony pakunek.
- I co? Przywitałyście się? - dopytywała. Na mojej twarzy błyskawicznie wystąpił grymas na wspomnienie tego jakże miłego spotkania.
- Tak - ucięłam krótko - A co będzie na obiad? - prędko zmieniłam temat.
- Kluski na parze - odpowiedziała nastawiając wodę na kawę. Momentalnie spojrzeliśmy po sobie z Ron'em. Dwa wielkie banany zagościły na naszych ustach co musiało wyglądać prze komicznie. Nie czekając ani chwili dłużej podbiegliśmy do kobiety mocno ją ściskając.
- Jejku babciu kocham cię, kocham cię, kocham cię! - kluski na parze to chyba moje najukochańsze danie. No po prostu są dla mnie największym afrodyzjakiem. Zawsze musiałam niemalże błagać z Radke aby babcia nam je zrobiła gdyż trochę z tym zachodu było.
- Ja też, ja też, ja też! - powtarzał ucieszony Joseph.
- No już, nie wariujcie - skarciła nas odpychając od siebie. Cała babcia. - Może wejście znajomych, idźcie na spacer. - zaproponowała wskazując na siedzącą w salonie paczkę. Już miałam zacząć marudzić, że nie mamy gdzie iść kiedy Ron nasunął pewien pomysł.
- Dzisiaj jest sobota prawda? - zwrócił się do mnie z zapytaniem.
- No tak - przymrużyłam znacząco oczy. Znam ten błysk.
- A która godzina?
- Za piętnaście pierwsza - wyręczył mnie Rayan, na którego ręce zawsze był zegarek.
- Dobra - klasnął w dłonie. Co on znowu wymyślił? - Taylor pożycz dziewczyną jakieś wygodne ciuchy - nakazał wskazując na schody - Ash ty zadzwoń po limuzynę - polecił kumplowi, który zaczął szukać po kieszeniach swojego telefonu. - Ja dzwonię do chłopaków. - sięgnął po swojego Iphon'a leżącego na stole.
- Chwila, chwila, chwila co to za miejsce gdzie chcesz nas zabrać? - spytałam wreszcie widząc jak dziewczyny posłusznie idą w stronę piętra. Ronnie uśmiechnął się chytrze przykładając do ucha urządzenie.
- Wildland kotku.
-------------------------------------------------------------------------------------------

27 komentarzy:

  1. Przyznam ,że często śmiałam się przy tym rozdziale. Roni chcący wyciągnąć lazanię jednak nie słyszał o rękawicy kuchennej xD
    "-Matko Przenajświętsza - klasnęła w dłonie przerażona - Jak wy mizernie wyglądacie, Czy wy nic nie jecie? Wyglądacie jakbyście z kostnicy wyszli. - stwierdziła skupiając szczególną uwagę na Andy'm. - Kto to widział?! - oburzyła się. - Natychmiast właźcie do środka. Na całe szczęście upiekłam wczoraj trzy ciasta. - poinformowała otwierając drzwi. Wszyscy spojrzeli po sobie z wielkim uśmiechem.
    - Wie pani nam nie trzeba dwa razy powtarzać - jako pierwszy do domu wpadł Coma."
    Ale Andy ponoć ostatnio przytył! (tak samo jak Juliet xD) Co i tak wygląda jak szkielet xD A Christianowi to tam tłumaczyć nie trzeba aby aby coś zjadł! Jednak rozmowa o zabezpieczeniach przebiła wszystko! xD Zemsta Taylor też zajebista jednak nieeee wykład babci najlepszy!!! Matka bije Taylor! Już nie będę jej wyzywać a byłoby tego sporo. Ronniś dobry przyjaciel! =D Jednak nie wiem czemu ale myślałam ,że coś Andy zrobi. Że Biersack wkroczy do akcji! No i z początku myślałam też ,że on też obije mordę Comie xD Tylko jedno mnie załamało...Nie było nic takiego mocniejszego pomiędzy Andym a Taylor! :((( A ciul z tym później na 100% będzie o wiele lepiej, że będę szczerzyć się do ekranu jeszcze bardziej i głupiej niż zwykle. Za każdym razem jak przeczytam imię "Ryan" to mam złe skojarzenia xD Nie dziwię się sobie. Dobra ja już pisać komentarz kończę bo już bardziej zjebać go nie mogę. Życzę ci weny ,pomysłów i wyświetleń (i tych komentarzy :D) i czekam z niecierpliwością na następny oraz zostawiam link do siebie ;)

    http://iambulletproofbvb.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Wreszcie się doczekałam następnego rozdziału !!!! JUHUUUU
    Rozdział super. Tylko trochę się zdziwiłam akcją z mamą Momsen. Nie sądziłam że miały aż taki zły kontakt.
    Z niecierpliwością czekam na następny rozdział i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział !! <3 Super jest.
    Jej mama Momsen jest okropna. Podczas czytania normalnie mnom nosiło tak się wkurzyłam... RACUCHY !!!!!!!!! TO MOJE ULUBIONE JEDZENIE !!!!!! <3 ALEŻ MI SMAKA NAROBIŁA :3

    My nightmare

    OdpowiedzUsuń
  4. Wreszcie rozdział <3
    Ja to czytałam to ciągle prwaie banan na twarzy xD.
    Wykład o zabezpieczeniach przebił wszystko! xDD
    No ale mama Tay jest straaszna ;c. Gupia,niedobra,zua :c
    Scena z Ronnie'm była mega xD
    Kocham twój blog,piszcie te komentarze szybciej,ja chcę kolejny rozdział :d
    A tak wgl to moje ego przechodzi załamanie po przeczytaniu tego :c. Też chcę tak umieć pisać :(. No ale życzę weny i wgl. super wszytko jest <3.
    Nie wiem czy coś z tego da się zrozumieć,bo dopiero wstałam i mój mózg jeszcze nie wie jak układać zdania,przepraszam xd.
    Wpadaj na mój,dopiero zaczynam :D.
    http://bvb-is-our-paradise.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak zawsze rozdział jest megaaaaaa!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja pierdzielę, choćbym swoją babcię widziała.Nie no, ja tak szybko dziś. Wiadome, że podobało mi się. Najlepszy moment był ze Scooby Doo. Dogadałabym się z Tay. To bajka mojego życia♥♥♥ O matce Momsen się nie wypowiem, bo ograniczam wulgaryzmy. Na szczęście Ronnie stanął w jej obronie.
    Więc życzę weny i dużo wolnego czasu i zapraszam do siebie na 62 rozdział :P
    http://myworld-meandblackveilbrides.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. O, kurde. Zakochałam się w Twoim opowiadaniu. :* Najlepszy tekst "- Taylor, pilnuj żeby nie zjedli kota Pani Herison. - nakazała kiedy weszłyśmy do sypialni."Niezły opis kłótni. ;)

    Kim

    OdpowiedzUsuń
  8. Podoba mi się! W sumie jak każdy rozdział. Przyznam, że nie mogę doczekać się momentu kiedy Tay i Andy w końcu się do siebie zbliżą na dobre!

    OdpowiedzUsuń
  9. Wczoraj zaczęłam twojego bloga i jest po prostu cudowny. Życzę żebyś nadal pisała tak dobrze.
    ~ Watson :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Hahaha babcia najlepsza xd. Wykład o zabezpieczeniu się xdd
    Pisz nexta

    OdpowiedzUsuń
  11. OMG NAJLEPSZA!

    OdpowiedzUsuń
  12. -" Spokojnie, to dość spory placek - zauważył oblizując usta Purdy.
    - Ty żeś jest placek"
    Nie wiem dlaczego tak mnie to rozwaliło :D
    Znalazłam twojego bloga niedawno i teraz już będę regularnie komentować :0
    Jest super, czekam na next xd

    OdpowiedzUsuń
  13. Jejku, uwielbiam twoją historię i mam zamiar czytać na bieżąco. Szkoda, że dopiero teraz tutaj zawitałam.
    A więc czekam na więcej.
    Zapraszam do siebie ;)

    http://olivier-sykes-story.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  14. Ciul z tymi 22 komentarzami xD, dodaj kolejny rozdział. A tak ogólnie super opowiadanie zamiast słuchać nauczycieli na lekcjach to czytałam sobie Twojego bloga XD zawsze coś ciekawszego od ich gadania ;)

    Nameless

    OdpowiedzUsuń
  15. Zapraszam na rozdział 17!
    http://heartoffire-bvb.blogspot.com/

    PS. Wszelkie zaległości nadrobię oczywiście :) (jeśli są).

    OdpowiedzUsuń
  16. Kocham, kocham, kocham!
    Pisz nexta! ❤

    OdpowiedzUsuń
  17. Najlepsze ff na całym świecie.

    OdpowiedzUsuń
  18. Czekam na następny :)
    P.S Kocham twojego bloga!

    Ada

    OdpowiedzUsuń
  19. Świetny! Miałam cichą nadzieje że Andy zaraaguje no ale trudno. Pisz kochana nowy bo nie moge sie doczekać

    OdpowiedzUsuń
  20. Świetny! Najbardziej podobała mi sie akcja z mamą. Weny!

    OdpowiedzUsuń
  21. Jestem 22 komentarzem xD kocham twojego bloga i mam nadzieję na więcej rozdziałów :)))

    OdpowiedzUsuń
  22. czytam >>>Noele

    OdpowiedzUsuń
  23. Pisz dalej!
    Twoje opowiadanie ma więcej życia od mojego. Chyba od ciebie od gapię szantaż komentarzowy...

    OdpowiedzUsuń
  24. Heyy, świetny rozdział hah tak żeby kota nie zjedli xD weny i czekam na nexta///KAM

    OdpowiedzUsuń
  25. Czyżby nie było następnego rozdziału? Tak czekam, czekam.. 25 komentarzy już jest... Czyżbyś przestała pisać? Jeśli tak to szkoda.
    Twoje opowiadanie jest naprawdę niezłe, no i po prostu smutno będzie bez tego :/
    Chociaż w duchu cały czas mam nadzieję, że coś jeszcze z tego będzie!
    WENY CI ŻYCZĘ oraz tego żebyś wróciła do roboty.
    Ponadto zapraszam do siebie, dopiero zaczęłam.
    http://defamememybulletproofboybvb.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  26. Przeczytałam cały Twój blog w jeden dzień <3 piszesz genialnie, fabuła jest świetna ! Musisz kontynuować. Błagaaaaaaaam /// Ginger

    OdpowiedzUsuń